What The Fuzz!? TV #1 Manilla Road interview/wywiad z Manilla Road

What The Fuzz!? TV #1 Manilla Road interview/wywiad z Manilla Road


Jesteśmy tutaj z Manilla Road dla podcastu What The Fuzz.
Aby nie przedłużać, od razu przechodzimy do pytań, począwszy od nazwy.
Powtarzacie że Manilla Road oznacza Drogę Światła. Czy tak postrzegacie swą karierę,
jako podróż, wędrówkę drogą muzyki, by przynieść światło metalu ludziom?
Od początku: to jest Mark Shelton, to Phil Ross, Neudi z Niemiec,
a ja jestem Hellroadie. Kontynuuj.
W zasadzie nie znaczyło to nic specjalnego. Pewnego razu piłem z naszym pierwszym bębniarzem,
Bennym Munkirsem, paliłem z nim zioło w kuchni i oglądaliśmy
Monty Pythona bandę ostro popierdolonych ziomków.
Szukaliśmy wtedy nazwy i to nam przyszło do głowy.
– W porządku.
– Odpowiadając na twoje pytanie
sądzę, że wiele razy czuliśmy powołanie
by wnieść do muzyki metalowej trochę inteligentnego spojrzenia .
Stąd się wzięło mnóstwo tekstów o charakterze mitologicznym, historycznym czy filozoficznym.
Ale w głębi prawda jest taka, że wielu z nas po prostu chciało się dobrze bawić. Na pewno ja chciałem.
– Jednakże nie zaczynaliście jako zespoł heavymetalowy. Pierwsze nagrania: “After Midnight Live”, “Invasion”
to był bardziej heavy rock, prog, space.
Czy któreś nagranie ukierunkowało Was bardziej na metal?
Jeśli tak, to mogła na nas wpłynąć zmiana stylu w wykonaniu Judas Priest
z rock’n’rolla…
– …do “Sad Wings Of Destiny”.
– Wiesz, byłem dużym fanem Judas Priest,
ale nie jestem pewien, czy to był ten powód.
Nastąpił po prostu naturalny rozwój.
– Jak wszyscy wiemy, kolejnym wydawnictwem był “Metal”, ale tak naprawdę działo się u Was dużo więcej.
Nagraliście wtedy przecieć “Dreams Of Eschaton”, wydane później (w 2002) jako “Mark Of The Beast”.
Wiele osób, w tym ja, uważa ten album za lepszy niż “Metal”. Skąd zatem taka decyzja o odłożeniu go?
– Przede wszystkim nie czuliśmy że reprezentował on właściwego brzmienia zespołu na żywo.
Bo nie brzmiał. Nigdy nie brzmieliśmy jak “Invasion” czy “Dreams” na żywo.
Na “Dreams” nie było “After Shock”, “Venusian Sea” i “Time Trap”, to było demo nagrane później i odłożone.
Nigdy też nie zmiksowaliśmy tych albumów oficjalnie, to co słyszysz na nich to surowe wersje.
Przez lata traktowałem je jak niedokończone projekty zbyt niskiej jakości by je wydawać.
– A czy jesteś zadowolony z piosenek jako takich?
– Z niektórych tak.
– Których?
– Bardzo lubię “Avatar”, to chyba mój ulubieniec spośród omawianych.
Są też inne, “Black Lotus”, “Triumvirate” jest spoko,
“After Shock” – jedna z tych, które prowadziły do cięższego okresu, który nastąpił potem.
– Czy gracie na żywo cokolwiek z tych płyt?
– “Avatar” graliśmy bodajże w…
– 2008. We francuskim Colmar.
– Tak, tam graliśmy. Generalnie jednak nie sięgamy po nie obecnie.
– Ok, dotarliśmy do tego, co wielu uważa za najjaśniejszy punkt – “Crystal Logic”.
Wiem że to wynika po części z dobrej promocji i dystrybucji oraz wydania “Flaming Metal Systems” w składance.
Jak sądzisz, czemu to ten album jest magiczny i stanowi dla wielu punkt wyjścia?
– Czas antenowy miał na to duży wpływ. To były początki radia.
– Z tego co wiem pierwszy kontakt z Europą nastąpił dzieki audycji w Radiu Warszawa.
– To się zgadza.
– Także na to położyłbym nacisk.
– No i ponieważ zostaliśmy dostrzeżeni dzięki “Flaming Metal Systems”, pozwolił on nam dotrzeć do świadomości międzynarodowej.
Zainteresował się nami szwedzki wydawca, który z kolei spowodował ruch ze strony USA.
Greenworld Distribution… Było kilku wydawców, którzy nagle zechcieli dołączyć.
I tak to się potoczyło. W tamtym momencie byli dla nas lepszą opcją.
– A muzycznie jak sądzisz, dlaczego ludzie mówiąc Manilla Road myślą “Crystal Logic”?
– Nie sądzę żebym był odpowiedni, by na to odpowiadać.
– Dla mnie to bardziej album punkowy.
– No tak, momentami. “Necropolis” i “Doom”…
To punkowo-blackmetalowy album Black Sabbath.
– Zapewne stąd się bierze jego urok, że zaczeliśmy łączyć wiele stylów w jeden.
– Chociaż… Jest jeden konkretny utwór na tej płycie…
– “Feeling Free Again”.
– Dokładnie! Chodzą słuchy, że w założeniu miał to być hit radiowy.
– To się zgadza.
– Czy żałujesz tej decyzji?
– No kurwa że nie!
Nie mogłem przestać śpiewać tego utworu.
– O to miałem pytać. Czy gracie go w ogóle na żywo?
– Raz na jakiś czas.
Zamierzamy odegrać w tym roku całe “Crystal Logic”, w Hard Rock Casino w Las Vegas.
Będzie tam King Diamond, Ace Frehley. Będzie nieźle.
– Będziesz śpiewał “Feeling Free”, Hellroadie?
– Oczywiście.
– Zatem odpuszczasz, Mark?
– Sprawiam, że tylko gra na gitarze.
– Ja muszę żyć z tym że napisałem wers “hey baby”.
– Ale i tak kocham tę piosenkę.
– Wiele osób ją lubi.
– To nie był nasz pomysł, by stworzyć hit do radia. Producent to zasugerował.
– Ja jeszcze o “Crystal Logic”. W Niemczech sądziliśmy że “Open The Gates” był debiutem,
ponieważ był pierwszym o tak dobrej dystrybucji w Europie, w Niemczech. I kiedy Black Dragon wydał ten niebieski winyl,
dla wielu była to zaskoczeniem, że wydano coś wcześniej, przed “Open The Gates”.
I w tym momencie rozpoczął się dobry czas dla “Crystal Logic”, przynajmniej w Niemczech.
– Zatem minęliśmy “Crystal Logic”, zespół opuszcza Rick Fisher, a pojawia się Randy “Thrasher” Foxe.
– Czemu Rick odszedł?
– Chcieliśmy ze Scottem skupić się na cięższym i szybszym graniu.
Rick wolał trzymać się space rocka.
– Jak znalazłeś Randy’ego i jak porównujesz go do Ricka w kwestii bębnienia?
– Nie ma porównania. To niesprawiedliwe pytanie.
– To dwa zupełnie różne style.
Nie można ich porównywać. Obaj są dobrzy w tym, co robią.
A jak go znaleźliśmy? Bardzo prosto, polecił nam go właściciel sklepu muzycznego,
który bywał też w studiu nagraniowym.
Przesłuchanie Randy’ego trwało może z minutę. Usłyszałem jak gra, powiedziałem “zagraj coś na dwie stopy”,
to nie było mocną stroną Ricka. Powiedziałem mu tak, a on odstawił coś, co ostatecznie stało się intrem do
“Heavy Metal To The World”.
Usłyszałem to i powiedziałem: “Spoko, jesteś zatrudniony, cho no tu”.
– To prawda, że jego przydomek wziął się nie z thrash metalu, ale ze stylu, w jakim uderzał bębny?
– Ze stylu, w jakim niszczył bębny! Zawsze! Spytaj go.
– To nie było zabawne.
Byłem jego technicznym przez cały ten czas.
– Ile bębnów niszczył zazwyczaj?
– Nie niszczył bębnów. Niszczył talerze, pałki, naciągi, zwłaszcza na werblu.
Podczas prób przed nagraniem zniszczył masę naszego sprzętu. Myślałem: “Cholera, muszę to odkupić!”
Na szczęście on odkupił.
– Będę tęsknił za tą chinką.
– To prawda że nie był rasowym metalem.
– Och nie, lubił wszystkie gatunki.
Jest też gitarzystą i klawiszowcem i na tych instrumentach nie gra metalu.
Jedynym powodem dla którego grał metal było to, że tylko metal potrafił grać na bębnach.
I to bombastycznie. Jest jak metalowa wersja Keitha Moona.
– Brzmi jak on. To dość wyraźny element, gdy słuchasz płyty, wchodzą jego partie,
wyróżnia się, wiesz że to on.
– Oczywiście, od razu się go czuje. “To znowu ten pieprzony Trasher”.
– Mark, powiedziałeś też, że “Open The Gates” to początek tej właściwej, rozwiniętej Manilla Road.
– Nie pamiętam, żebym tak mówił.
– Znalazłem to w wywiadzie, poważnie. To jak?
– Użyłeś czasu przeszłego, mogło się zmienić.
– Pamiętam, że oceniał “Deluge” jako ulubiony album z tego okresu.
– Ale stwierdziłeś też w wywiadzie, że począwszy od “Open The Gates” jest tak, jak to sobie założyłeś, ciężej.
– Zapewne dlatego. Na pewno komercyjnie.
Czułem że znaleźliśmy w tamtym momencie swoją niszę.
W pewien sposób “Crystal Logic” też było tego zaczątkiem.
Tak właściwie to stwierdziłbym, że dwie utwory nas poprowadziły w tym kierunku,
“Queen Of The Black Coast” i “Cage Of Mirrors”.
– Do stylu epickiego.
A na “Mystification” jeszcze chętniej flirtujecie z riffami thrashowymi w połączeniu z epickością.
Ale ruszyliście też w kierunku horroru. Tekstów inpirowanych przez E.A. Poego.
Skad taka zmiana tekstowa przy zmianie muzyki w stronę power/speed/thrashu.?
– To proste pytanie.
– Nie sądzę żeby zmiana tekstowa nastąpiła wtedy.
– Wtedy była najbardziej odczuwalna.
– Tworzyliśmy już więcej w tym kierunku, “Cage Of Mirrors” to jest coś na kształt opowieści z horroru.
– Ale na “Mystification” niemal wszystko było taką opowieścią.
– No w sumie, trochę tak.
– Każdy nasz album jest inny. Myślę że po prostu Mark odczuwał wtedy taką potrzebę,
ukazania swej miłości do horrorów, czytania, całego zaplecza.
– A jeśli chodzi o muzyczną stronę, czyli thrash, zaczęliśmy do niego podchodzić już na zasadzie codzienności.
– Na “Mystification” jest to wyraźnie zaznaczone.
– To może wynikać ze sposobu produkcji tej płyty,
chociaż “Up From The Crypt” to na pewno thrasher.
W momencie wydania “Deluge” wydawał mi się znacznie cięższy niż “Open The Gates”.
“Friction In Mass” wchodzi i wiesz co się dzieje. Brzmi dość trashowo.
– “Mystification” brnęła przez wiele zmian tracklisty, miksów, różnych okładek na różne rynki.
Skąd całe to zamieszanie?
– Pierwsze “Mystification”, kontynuuj.
– Tracklista francuska od Black Dragon różniła się od amerykańskie,
ponieważ za wersję amerykańską odpowiadaliśmy my sami, oni zrobili to inaczej, wraz z nowym masteringiem,
inną tylną okładką. Dużo się zmieniało wtedy w Black Dragon. Potem wyszła reedycja od Sentinel Steel,
zrobili nowy miks, master, użyli okładki braci Hildebrandt.
Choć jeśli dobrze pamiętam, mieliśmy obie okładki, mogłeś sobie włożyć na wierzch którą chciałeś.
To była ciekawa płyta. Wybraliśmy całkiem inne studio, aby popracować z rzekomo dużo lepszymi od nas.
– Wydaliśmy kupę hajsu.
– Tak, ruszając do Nashville wydaliśmy sporo.
Pracowaliśmy w studiu Ala Greene’a. Nie Nashville, chodziło o Memphis w Tennessee.
Pracowaliśmy z Paulem Zaleskim, człowiekiem od ZZ Top, nagrywał też wiele innych dużych zespołów.
Sądziliśmy że to krok w dobrym kierunku, a byliśmy nakłaniani przez wytwórnię.
Black Dragon powiedział że powinniśmy poszukać znanego producenta,
no to szukaliśmy, ale wyszło dosyć gównianie.
Zapewne wiedzieli co robić z grupami pokroju ZZ Top, ale zerowe pojęcie co zrobić z nami.
– To przetrwało do dzisiaj. Kiedy ruszamy w trasę, dźwiękowcy nie mają pojęcia, jak do nas podejść.
– A przecież jesteśmy prostym zespołem. Oni zaś strasznie wszystko komplikują.
– Domyślam się.
– Za to album wiele zyskał na ponownym miksie,
bo zabrał się za niego metalowiec, a Sentinel Steel tworząc reedycję, mimo że mieli wiele innych grup
jak Attacker czy Gothic Knights, które wypuszczały rzeczy nowe. A “Mystification” jako reedycja przebiła je
i została najlepiej sprzedającym się dziełem wytwórni.
– Tak, rozmawiałem z Dennisem z wytwórni o tym.
I właśnie miałem pytać, którą wytwórnie wolicie? Shadow Kingdom wydał “Mystification” w oryginalnym
miksie i z pierwotną okładką oraz tracklistą.
– A tam nie było obu miksów?
– Nie, to było na naszej wersji.
– To Golden Core.
– Zrobiłem remaster z oryginalnych taśm, które otrzymaliśmy od gościa z Niemiec,
taśmy-matki i na płycie numer jeden była wersja Sentinel Steel.
– A na płycie drugiej oryginał.
– Dokładnie.
– To który z nich preferujesz brzmieniowo?
– W każdym z nich lubię poszczególne elementy,
ale przeważa u mnie Sentinel Steel, jest czystsza i bardziej przejrzysta, wyraźniejsza.
Ale są też między nimi rozmaite niuanse.
– Europejskie wydanie Black Dragon tworzył kto inny, trochę zjebali. Serio.
– Chodzą słuchy, że “Book Of Skelos” miało trafić na “Out Of The Abyss”.
– To prawda
– Ooo, już się rozniosło!
– Prawda? To co się stało?
– David Chastain się stał.
– Z Leviathan Records.
– Nie przepadał za tym kawałkiem.
– To jedna z najlepszych piosenek!
– Ograniczała nas długość, nie chcieliśmy wydawać podwójnego winyla.
Słyszałem tak wcześniej, nie od Ciebie.
– Nie, sądzę że byliśmy już w epoce płyt kompaktowych.
– Acha.
– Tak, Leviathan wydał “Out Of The Abyss” na CD.
– Także mógł to być wycięty bonus. Nie wszedł pewnie dlatego, że mowa w nim o poświęcaniu dzieci.
– No i co z tego? Gracie metal!
– Ten utwór spowodował bana w Korei Południowej.
– Powiedzieli “nie”?
– Tak. Miałem na myśli “The Prophecy”.
– “The Courts Of Chaos” miał bany w Korei.
– “Book Of Skelos” też nie ma na tym krążku. Mam go.
– Wydanie CD czy winyl?
– Płytowe. Było takie w Korei.
– Zapomniałem o tym, że był na “The Courts Of Chaos”.
– Tak, jako bonus.
– Niedługo pojawi się naprawdę, prawdę prawdę świetna reedycja “Out OfThe Abyss” i tam będzie ten utwór.
Dotarliśmy do pierwszych taśm, pierwszego miksu z lat 80.
– Jest inny miks?
– Tak, najwcześniejszy. Znaleźliśmy coś na kasetach.
Shark i ja, pewnej nocy, wszyscy o tym zapomnieli. To w zasadzie presesja nagraniowa.
– Ja mam kupę materiału…
– Poupychaną w studiu.
– Albo na zapleczu, w pudełku po butach.
On (Neudi) bawi się czasem w grotołaza i grzebać.
– Czyli będzie reedycja z nieznanymi kawałkami i nowym miksem.
– “Book Of Skelos” stanie się oficjalnie częścią “Out Of The Abyss”.
– Przechodząc do albumu, niektórzy go krytykują, nie za brak thrashu ale właśnie za jego nadmiar.
Wywołało to podzielone opinie. Że brakuje epickości. Tego “dotyku Manilla Road”,
z których słynęły poprzednie albumy. Jak na to zareagowaliście?
– Gdybyśmy umieścili “Book of Skelos”, byłoby więcej epickości.
Z drugiej strony, mamy “Return of the Old Ones”, “Helicon”…
– “Whitechapel” jest zajebiście epicki!
– A jednocześnie bardzo thrashowy.
– “Midnight Meat Train” to mój ulubiony!
– To były najwyższe dźwięki, jakie w życiu zaśpiewałem!
– Uwielbiam to nagranie, wokale. Wrzask brzmiący jak King Diamond. Czy słuchałeś wtedy wiele thrashu?
– Niespecjalnie. To raczej wynik wyzwania, jakie postawiliśmy sobie z Randym,
aby sprawdzić, kto zagra szybciej, ciężej…
– I dłużej. To był koszmar, stary.
– Dla niego koszmar, dla mnie zajebiście.
– Masz na myśli Randy’ego i jego styl gry?
– Tak, bo czasem trzeba było coś poprawiać. Naszym mottem jest “nie odpuszczać”,
zespół ma jechać, nieważne co.
– Przedstawienie ma trwać.
– Także gdy miałem coś ogarnąć, musiałem wiedzieć, gdzie on wtedy będzie w utworze.
A jeśli nie trafiałem, to po ptakach. Pękł mi bębenek uszny, rozorałem knykcie, tego typu.
Zniszczył mnie.
– Ciekawe było to co mi mówiłeś, Mark na temat zdolności do wyciągania tak wysokich tonów.
– No cóż, w 1984 przeszedłem ostre zapalenie krtani przed “Open The Gates”.
Konieczna była kuracja głosu, wstrzykiwano mi sterydy, robiono różne, różne rzeczy strunom głosowym.
W efekcie kuracji nagle posiadałem nieludzko wysoki głos, zwarty i gotowy.
– Jak tylko to odkryłem, zacząłem z niego sporo korzystać, nadużywając go ostatecznie.
Podczas jednego z koncertów w ramach Circus Maximus w Wichita wydałem z siebie superwysoki krzyk, zrywając część strun głosowych.
– To się prosi o pytanie: kto teraz śpiewa je na żywo?
– Teraz zazwyczaj on, to zależy. Jeśli śpiewam ja, to na pewno nie tak wysoko.
– Brian, a co z utworem, który graliśmy z Randym, z “Out Of The Abyss”? Z “War in Heaven”?
– Daje radę. Świetnie sobie z nią radzi.
– I widzisz, to kolejny utwór z tej płyty, który ja uważam za epicki, nie thrashowy.
– Będzie naprawdę, prawdę, prawdę świetna reedycja tej płyty.
– To był najmniej lubiany przeze mnie album z lat 80.. Teraz stanie się najbardziej lubianym, przez oryginalny miks z Kansas.
– Dla mnie to jeden z najbardziej ciętych riffów metalu. Sposób gry, uderzania w struny, uwielbiam to.
– He, dzięki.
– Na “Courts Of Chaos” nagraliście jedyny cover.
“D.O.A.” dość zapomniany kawałek. Ale pasujący! Dlaczego on?
– Odpowiedź jest prosta: to jedyny utwór, na który mogliśmy się zgodzić we trzech. Tyle.
– Każdy chciał coś innego, przedyskutowaliśmy ich masę.
Ale zawsze ktoś mówił: “nie, nie podoba mi się”. Aż dotarliśmy do “D.O.A.”,
ja byłem na tak, Scott stwierdził “ta, okej, lubię ją”, Randy ją zaproponował więc jasne że się zgadzał.
– A graliście jakieś inne covery na żywo?
– Tylko na początku kariery.
Graliśmy Jimiego Hendrixa. A gdy grałem z Circus Maximus, też pojawiły się covery, mieszanka Black Sabbath.
Nawet graliśmy coś bardziej współczesnego, trochę Alice in Chains…
– Musiało być zajebiste.
– Zagraliśmy też “21st Century Schizoid Man”.
– O w kurwę!
– Ale nie w naszym stylu. W stylu King Crimson. Środkowa część była kurewsko trudna do zagrania.
– Na pewno nabrałem przez to szacunku do King Crimson.
– Ale wracając do “Courts Of Chaos”,
myślę że sprawa z “D.O.A.” pojawiła się aby Randy zabłysnął grą na bębnach i klawiszach jednocześnie.
To było dla niego bardzo ważne.
– Dlatego właśnie ją zaproponował. Bardzo lubiłem ten utwór, ma dojebany tekst.
Była zakazana w USA, sądziłem że to świetnie, może nas też zakażą, darmowa reklama!
– Ale Bloodrock nie spodobała się nasza wersja. Głównie właścicielowi praw autorskich.
Zajarał się tym, że po to sięgamy, ale kiedy wysłaliśmy mu efekt końcowy, stwierdził: “ta, no, teges, myślę że jest OK, dość wysunięte gitary, to nie moje klimaty.
– Manilla Road to wysunięte gitary.
– No odkrycie!
– To był ostatni raz jak z gościem gadałem. Dla niego to był koniec tematu.
– A nie zaproponowałeś żeby potem na którymś albumie nagrać kolejny ich cover, jak mu tam… “Breach Of Lease”, czy “Lease Of Breach”…
– O czym on gada?
– Pojęcia nie mam, “Bunch Of Fleas”?
– To z płyty “Bloodrock 3”, długi kawałek.
– Nie kojarzę.
– “Bridge Of Wives”?
– No kurde, jak to szło… “Breed Of Leach”? Leaves?
– Znajdziemy to i damy Ci znać… w ciągu dwóch lat.
– Wszyscy razem!
– A gdybyście chcieli nagrać czyjś cover w tym momencie, na co zdecydowałaby się Wasza czwórka?
– “Dancing Queen” (ABBA).
– Coś Ace Of Base.
– Ja bym zagrał coś Tony’ego Bennetta.
– Serio?
– Coś ty.
– To stara śpiewka. Pewnie znowu nie bylibyśmy w stanie się dogadać do jednego kawałka.
Chyba po prostu nie mam już ochoty na covery. “D.O.A.” było wyjątkowe pod tym względem.
– Ma to sens.
– Jeśli mogę… Ja bym zagrał ****
– Z tym bym się mógł zgodzić. Nie jest to specjalnie znane.
– Pora na ciemniejszą stronę wywiadu. Czy wyjaśnisz…
– Czekaj, musisz światła pogasić.
– Chodzi o wpadkę z Circus Maximus/Manilla Road wydaną przez Black Dragon.
– Chcieli wypuścić coś, co im przyniesie więcej kasy. Tym czymś mogła być Manilla Road.
– Nie podobało mi się to. To nie był mój pomysł, nie optowałem za nim, zrobiono to w zasadzie za plecami.
– To w zasadzie zabiło Circus Maximus, nieprawdaż?
– Zgadza się, bo inny mój zespół był niezadowolony.
– Nie dziwię się wcale. Tony Iommi miał to samo z “Seventh Star”, miało być solo, wydawca na to: “NIE! Black Sabbath”.
– Dokładnie ta sama sprawa. Przykro mi, rozumiem Tony’ego. Powinien móc zrobić to po swojemu, skoro to jego muzyka.
Myślałem dokładnie tak samo. To powinna być wyłącznie moja decyzja, a nie firmy.
Problemy z Black Dragon zaczęły się jednak dużo wcześniej.
– Ale to był szczyt.
– Tak, stwierdziłem że mam dość.
– I tak byli wtedy skończeni. Wejście CD…
– Lecieli na łeb, na szyję.
My też wtedy nie mieliśmy lekko, jak i cały metal.
– No tak, lata dziewięćdziesiąte.
– A przynajmniej klasyczny metal.
– Z Black Dragon stało się tak, że ich główny dystrybur ulokowany we Francji został zamknięty nakazem rządowym.
Zmusiło ich to zakończenia działalności, przez co Black Dragon stracił swoją dystrybucję.
Próbowali samodzielnie pracować z Important Records, spotykali się z ich przedstawicielami.
Ale Important nie chciało już z nimi pracować. A przez to nie chciało mieć do czynienia z nami.
Dlatego w USA “Courts Of Chaos” wyszło tylko na kasecie pod moim nazwiskiem zamiast Manilla Road.
Niemal na nic z tych rzeczy nie mieliśmy wtedy wpływu.
– Nastąpiły takie a nie inne okoliczności.
– Zgadza się. I wtedy między nami a Black Dragon zrobiło się naprawdę nieciekawie.
Przestali nam płacić tak jak powinni, zrobił się kwas.
– Czy to było głównym powodem rozpadu zespołu?
Bo jak to było, rozpadliście się od 92 do 94?
– Nie. Daty się zgadzają, ale to wszystko było po prostu wewnętrzne.
Scott był wiecznie naćpany i pijany. Randy nie był.
– I ciągle się ścierali.
– Nie mogli nic zrobić razem. Nawet przebywać w studiu.
– Cały “Courts Of Chaos” nagraliśmy tak, że ani razu Scott i Randy nie grali ze sobą.
– A brzmi to całkiem spójnie.
– Bo mieliśmy świetnego technicznego.
– Wiedział jak sobie z tym poradzić.
– Radził sobie z nami od lat.
– Znosił nas przez tyle lat.
– Sprawił że całość nabrała funkowej barwy.
– Jeden z jego albumów pokrył się platyną, któryś od Sisters With Voices.
– Zabawne połączenie.
– Facet pracował z Arethą Franklin, Steviem Wonderem,
to tylko pokazuje jak utalentowanym jest człowiekiem. Mógł pracować w każdym gatunku.
Nawet on sądzi że miks i produkcja na “Circus Maximus” była świetna.
– Jest fantastyczna.
– Larry Funk ją taką uczynił.
– Kiedy dotarło do Was, że staliście się zespołem kultowym, zwłaszcza w Europie. Czy podczas Bang Your Head w 2000 roku?
– Przyjechaliśmy na Bang Your Head w 2000 i ujrzeliśmy morze koszulek Manilla Road, które sprzedały się na pniu dzień-dwa przed zaplanowanym koncertem.
Rozwaliło nas to kompletnie. Jesteśmy w zasadzie zapomnieni, a tu BAM!
Masa ludzi wie o nas i chce nas zobaczyć. To wznieciło w nas nowy płomień. Byliśmy w trakcie pracy nad płytą,
ale to był projekt solowy, wykonany głównie przez Bryana. Niemal wszystkie partie bębnów były jego.
Zmusiliśmy Scotta Petersa żeby grał, co on napisał.
– Pamiętam że pod koniec lat 90. w Niemczech sądzono, że Manilla Road już nie istnieje.
Internet wtedy raczkował, było kilka stron fanowskich z dyskografią. Było tam też forum,
wypełnione Grekami. Byłem w szoku, że tyle osób zna Manilla Road! Nawet Mark był na nim w pewnej chwili.
– Opowiem Wam coś śmiesznego. Pamiętacie Napstera? Był popularny pod koniec lat 90.,
dopiero się z nim zapoznawałem, nie podobał mi się pomysł dzielenia się muzyką.
Ja musiałem kupić i mieć coś na własność.
– Wiedzieliśmy, że dla zespołów nie ma z tego kasy.
– Chciałem tylko zobaczyć, co tam wisi od Manilla Road. Kurwa, stary!
Zacząłem pisać do ludzi, “Hej, skończcie z tym do cholery”. Oni na to: “A kim ty jesteś?”,
No to piszę: “Hellroadie. Znajdę cię i dojebię”.
Raczej mi nie uwierzyli. Zrozum, mieszkam w Wichita, byłem technicznym Manilla Road przez lata,
a oni, że gówno prawda. Stwierdziłem, że idę po Marka Sheltona. “To się nie dzieje naprawdę”.
To mówię: “Przyjdź jutro o szóstej, tu i tu, będę tam”.
Wyjaśniłem Markowi w czym rzecz i piszę: “Spoko pipki, to teraz rzućcie błotem. Mark Shelton jest tu z wami.”
Cisza. Rzucam: “No piszcie! Jest tu i czyta”. Zwariowali.
– Elvis wszedł do budynku.
Zrozumiałem wtedy, że wokół Manilla dzieje się sporo.
– Przejdźmy do powrotu. Do, jak to określam, ery nowej Manilla Road.
Dlaczego tak długo czekaliśmy na “Atlantis Rising”?
– Robiliśmy dzieci i zajmowaliśmy się rodziną.
– Poza tym nie mogliśmy z nikim podpisać kontraktu. Po tym jak w latach 90. scena metalowa się zapadła…
– To był grunge, wszędzie.
– Wszędzie w stanach działo się to “brzmienie Seattle”, Nirvana, Pearl Jam,
co więcej, upadek płyt winylowych nas zabolał. Większość małych wydawców poszła z torbami.
– Niemal wszyscy.
– To była przeprawa. Tak naprawdę chyba tylko przez dwa lata nie działaliśmy aktywnie.
Potem złożyłem zespół na nowo z Randym, Brianem i jego bratem, Harveyem,
grywaliśmy trochę w Wichita i okolicach, tylko nie mogliśmy znaleźć na tyle pieniędzy, by nagrać płytę.
– Dopiero lata później…
– W 1998 zaczęliśmy zbierać sprzęt oraz myśli do kupy, aby stworzyć coś nowego.
– Zdecydowaliśmy, że robimy to na własną rękę. On wtedy na mnie bardzo napierał, żeby się zabrać do pracy.
– Kiedy przybyliśmy na Bang Your Head w 2000 roku, dostaliśmy sporo ofert na podstawie demówki “Atlantis Rising”,
które jeszcze było sygnowane nazwą “Shark Project”.
– A “Crystal Logic” ponownie wydał Iron Glory.
– Zabolało mnie jak do niej dotarłem, bo “Flaming Metal Systems” było w środku, jako trzeci numer.
Stwierdziłem: “Po cholerę to zrobili?” i się wkurzyłem.
– Nie wiem, czemu to zrobili, prosiłem aby zachowali
kolejność, a oni zrobili swoje.
– Oni też wydawali “Throne Of Lies” Spiral Castle.
Płyta poszła już do tłoczenia, kiedy przyszli mnie o to zapytać. “Czy będzie w porządku jeśli tak to ułożę?”
na co ja: “Absolutnie nie!” i słyszę: “To klops, bo już poszło do tłoczenia”. To po chuj pytasz?!
Czemu nie postawisz sprawy wprost? To mnie wkurzyło, męczą mnie wytwórnie które srają Ci do gniazda.
– Ale nie mielibyśmy bonusu na reedycji.
– Za to jest dobry bonus na “Shadow Kingdom”.
Wracając do Briana…Jak przypadła Ci rola wokalisty i okazjonalnego bębniarza na “Atlantis Rising??
– Tak, grałem w “Switch”. A to wszystko wzięło się z potrzeby ruszenia w trasę, grania wielu koncertów,
zamiast pojedynczych występów, bo to zbyt drogie dla organizatorów. Musieliśmy grać koncerty,
bo to było spełnieniem marzeń. Musieliśmy dotrzeć do fanów, bo oprócz Stanów, Europa nas wzywała.
Serce mówiło mi że tak być powinno.
– Czy początki były trudne?
– Nie.
– Robił to non-stop za kulisami.
– Ta, chowałem się za wzmacniaczami i naśladowałem.
– Mówiłeś mi że raz wróciłeś ze szkoły i wydarłeś się na brata: “Co ty do cholery wyrabiasz?”. Jego brat, który
też słuchał Manilla Road został przyłapany na słuchaniu jego płyt i graniu na basie do nich.
– Tak Harvey nauczył się grania.
– Obecnie, po reformacji jesteście cholernie płodni, płyta za płytą – który z nowych jest ulubiony?
– Zawsze ten najnowszy.
– Standardowa odpowiedź muzyka.
– Ale jestem szczególnie dumny z “Blessing Curse”, moim zdaniem do fantastyczny album.
– A wy?
– To chyba najlepszy produkt, gdy na to spojrzeć.
– Jaki jest twój ulubiony z nowych?
– “Gates Of Fire”.
– “Blessed Curse”
– Mój to “Voyager”.
– To mój! Bo słyszę tam dużo Bathory.
– Pewnie dlatego on to lubi.
– Lubię lubię, ale także lubię grę na basie jego brata. Niestety tej wspaniałej kanalii nie ma na tym albumie,
ale tekściarsko stoi wysoko, a jego brat daje radę na basie.
– Po zejściu się dołączył do Was świetny perkusista, Cory. Wielu ludzi w Polsce ma go za cudowne dziecko.
Czemu odszedł?
– Wpadł w tarapaty i nie może koncertować.
– Nie mógł wtedy i musieliśmy wybierać.
– Nadal nie może opuszczać USA.
To była decyzja biznesowa i musieliśmy ją podjąć.
– Neudi, kto jest Twoim ulubionym perkusistą MR?
– To banalne. Randy Foxe.
– Od samego początku tak było
– Nie wyobrażam go sobie na “Metal” czy “Invasion”, bo Rick Fisher pasował idealnie.
Prędzej widziałbym go na “Crystal Logic”, w niektórych utworach, ale to dwie różne epoki bębnienia.
– Czy partie Randy’ego najtrudniej odegrać?
– Niekoniecznie, kiedy rozmawialiśmy na kawie
stwierdziłem że strasznie męczy mnie granie “Queen Of The Black Coast”, gdy “Masque of the Red Death”
– Albo “Metal Storm”…
– Zależy od podwójnej stopy.
– Jak ważna jest prezentacja wizualna, okładki itp.?
– Zawsze było to bardzo ważne. Musi być dość…
– Epickie?
– Odwoływać się do epickości fantasy.
I fajnie, gdy jest równie dobre jak twórczość Franka Frazetty.
– Albo Erica Larnoy.
– On jest nietykalny. Okładka “Open The Gates” i nie mam pytań.
– Mamy znajomego z Francji, który stara się dla nas sięgnąć ich poziomu, szukając kolejnych okładek.
– Mówiąc o odczuciach, dla mnie i wielu innych Manilla Road kładła duży nacisk na teksty. Chociaż sięgacie po fantasy w typie Michaela Moorcocka,
czy Lovecrafta, czuję że macie unikalne podejście, zawsze staracie się tworzyć pozytywne odczucia.
– Najczęściej tak jest. Staram się być optymistą we wszystkim, co wypuszcza Manilla Road.
Nawet jeśli uwzględnić, że nazwę wybraliśmy chaotycznie, definicja Drogi Światła przez lata stała nam się bliska.
Staram się nie mówić o polityce, ale sram po religii. Nienawidzę zorganizowanej religii, sądzę że jest odpowiedzialna za wiele wojen i bzdur na świecie.
– No i fanatyzm.
– Oraz wszystkie te nietrafione światopoglądy, jak Isis itp.
dokładnie pokazują to, o czym mówię. Ale tak, staramy się pisać pozytywnie, ale po prawdzie to nadal liczy się dla mnie zabawa.
Unikam polityki bo uważam że to nie jest rola muzyka. Naszym zadaniem powinno być tworzenie rozrywek.
Na tym staram się skupiać, oraz na moich konikach: historii, mitologii, starożynej filozofii.
Wiele tekstów krąży wokół tego, bo mnie to ciekawi. Wszystko, co stworzyłem w muzyce, robiłem na własnych warunkach, pisząc o tym co lubię.
Nie staram się pisać czegoś, co zadowoli wszystkich, spróbowałem tego raz z “Feeling Free” i dałem ciała.
– Dzieci go kochały.
– Po dziś dzień staram się sprawiać sobie radość tym, co tworzę.
Jeśli mnie to kręci, próbuję tę pasję przelać na płytę, a gdy innym to podchodzi, to naprawdę zajebiście.
A jeśli nie podchodzi, to wiesz…
– No to kurwa trudno.
– Taką mam wizję.
– Podczas nagrywania “Crystal Logic”, “Open The Gates” i “Deluge” USA było pełne konkurujących ze sobą kapel,
które starały się uderzać w te same tony co Wy. Mówię o Warlord, wczesnym Manowar, Cirith Ungol.
Byłeś ich świadom?
– Oczywiście, jeśli chodzi o Manowar, byli duzi. Bardzo lubiłem “Battle Hymns”.
– “Hail To England”.
– “Into Glory Ride”.
– O Cirith Ungol też wiedziałem. Ale nie czułem nigdy z nimi pokrewieństwa.
– Nie muzycznie, ale podobny klimat.
– Może tak, też siedzieli w fantasy. A Warlord… Lubiłem ich pierwszą epkę (“Deliver Us”) i to w zasadzie tyle.
– Zgadzam się w pełni.
– Przez lata to fani zadecydowali że Manilla Road, Cirith Ungol, Warlord i Heavy Load ze Szwecji,
to cztery duże zespoły epicmetalowe.
– Z Heavy Load się zgadzam, uwielbiam ich.
Wywarli na mnie pewien wpływ.
– Serio? Słyszałeś ich wtedy?
– Tak, spytaj go zresztą.
– Ma ich wszystkie oryginalne wydania w domu.
– To świetnie!
– Fapnąłem sobie do nich.
– Tak było. Widziałem.
– To było zanim je włożyłem.
– Zupełnie o nich zapomniałem, a są przecież jak bracia.
– Wracają na scenę (Heavy Load).
– Podobno.
– Mam taką nadzieję. Reedycje na pewno nastąpią.
– Wreszcie!
– Ale liczę na chociaż kilka koncertów.
– Muszą.
– Zakumplowaliśmy się z nimi.
– Mielismy ich w secie wpisanych jako gości.
Spotkaliśmy się z nimi na Keep It True, byliśmy dla siebie bardzo mili. Potem wrzuciliśmy ich na listę gości
na koncert w Sztokholmie, był w tym miesiącu. Gramy trasę z Doomsday Kingdom, dobry nowy zespół.
Byliśmy kumplami od dłuższego czasu, nawet trochę im pomogliśmy przy pierwszym wydawcy.
– A co powiedziałbyś na splita z nimi?
– Byłoby fajnie, gdybyśmy to zrobili.
Czułbym się zaszczycony.
– To oni po koncercie w Sztokholmie. Byli szczęśliwi.
– Pokaż do kamery.
– Prosili się, by tam być.
– Mają tyle klasy, brakuje mi słowa, są inteligentni, prawdziwi dżentelmeni. I kochają metal.
– Zawsze gdy im mówiłem, że to zaszczyt dla mnie, twierdzili: “Ależ nie, cała przyjemność po naszej stronie!”
Na co ja: “Nie rozumiecie! Słucham Was odkąd od takiego!”.
– Traktowali mnie i Neudiego tak samo jak Sharka. Z pełnym szacunkiem.
– Tym bardziej muszą wrócić.
– Czekamy. Bo kiedy ich poznajesz, to nie zawsze takie proste.
– Domyślam się.
– Są zajebiście przyjaźni.
– Byliście coverowani wiele razy, zwłaszcza współcześnie, nawet w Polsce było wydawnictwo od Skol Records.
To było Skol Records, jak sądzę.
– Nie, to było Solemnity.
(“The Riddle Masters – A Tribute to Manilla Road”, 2CD)
– Zgadza się!
– Crystal Viper zrobił tam “Flaming Metal Systems”.
– Czy masz jakiś ulubiony cover? Ja lubię “Necropolis” Visigoth.
– Ja też to lubię.
– Jest taki zespół, Rosae Crucis.
– Byli na “The Riddle Masters”. Zagrali “Fires Of Mars”
– Wspaniałe!
– Bo trochę pozmieniali.
– Zmienili dużo i było to wspaniał.
– Jeśli chodzi o kogoś, kto zagrał toczka w toczkę jak my, to na pewno Jotenheim i “Queen Of The Black Coast”.
– Viron z “Dreams Of Eschaton” też było niezłe.
– Było, ale nie brzmiało dokładnie tak jak my.
– Bo wiesz, on tam grał.
– Coś ty pokazał? Zęby pucujesz?
– Wstawaj i wypnij dupala.
– Ja nadal optuję za Visigoth, ale to ja.
– Ci goście są w porządku, kocham ich.
– Wokale u nich robią robotę.
– W zasadzie to zaśpiewali lepiej ode mnie.
– To zabawne ile płyt wydano ostatnimi laty, w dużych wytwórniach, z napisem “dla fanów Manilla Road”.
– Ale tutaj… masz… coś, co mi bardzo zaimponowało. Nie dzieje się to zbyt często.
– Pójdziemy na to.
– Zostałem uraczony zdjęciem z tym człowiekiem.
– Pokażesz do kamery?
– Raczej nie, to dość osobiste.
– Kto to był?
– Zacytuję ci go: “I’ve made my own code sold my soul to Manilla Road”.
(Darkthrone – “F.O.A.D”).
Jak się czułeś gdy to usłyszałeś?
– Rozwaliło mnie.
– Zbierałem szczękę z podłogi.
– Gdy odkryłem, czyja to robota, stwierdziłem: “Serio?”.
– Przyszedł na nasz koncert (Fenriz),
był w pierwszym rzędzie, był świetny.
– To jeden z tych momentów.
– Bardzo surrealistyczne.
– Wszyscy byli zdumieni gdy Darkthrone poszedł w stronę heavy metalu, a potem to nagrali.
Każdy był na tak, tego chcieliśmy. Wszyscy fani heavy metalu.
Fenriz pokazał dużego faka blackmetalowcom po tym, jak się od nich odciął. “Lubię Manilla Road, a nie nekro-srekro”.
Ja je lubię, ale to co zrobił było czystym punk rockiem.
– Robili tak od dawna, gdy spojrzysz na “Soulside Journey”, jak daleko poszli, zawsze na przekór modom.
Uznali że nie zamierzają istnieć wyłącznie jako techniczny black metal.
– Co więcej, mowa o wysoce twórczym artyście awangardowym.
Kimś, kto celuje w mieszaniu i łączeniu tylu stylów, ile mu przyjdzie do głowy. Jak my.
– Moim zdaniem działa on podobnie do was, podąża za własną wizją i wszystko jej podporządkowuje.
A jak im się nie podoba – jebać.
– Wszystkim nie dogodzisz.
– Niektórych fanów nawet wkurwisz, ale i tak to robisz, bo chcesz tego ty sam.
– No, to nowy album. “To Kill A King”, wypuszczany 30.06.2017. Pytanie jest proste: opowiedz co możesz.
the new album ok well it’s not really a
concept album it’s a many songs of many
– To nie będzie album koncepcyjny, pojawia się wiele historii, tytuł wziął się od pierwszego utworu na płycie.
– Odważne zagranie. 10-minutowy kolos na start.
– Robimy co chcemy. Pierdolta się.
– Ale zawsze staramy się podchodzić inaczej, nigdy tak nie rozpoczynaliśmy płyty, no to czemu nie?
To też odmiana, nie działamy według szablonów, naszym celem było też sięganie po różne brzmienie.
“To Kill A King” jest luźno oparty na Hamlecie. A to nie jedyna inspiracja na płycie, w “The Arena” sięgamy do rzymskiego teatru,
walk gladiatorskich. Jest “The Conquer”, krótki kawałek, o Aleksandrze Wielkim.
Jest też coś z współczesnej filozofii, “In The Wake”, nic historycznego, trochę na kształt “Blessing Curse,
krytykujący obecną i dawną religię jednocześnie. Potem mamy “Never Again”, o apatii.
No i są też rzeczy powstałe wyłącznie dla rozrywki.
– A muzycznie jak to wszystko wygląda?
– W jednym z wywiadów, jakich udzieliłem w Niemczech, powiedziano mi tam że to brzmi jak powrót do korzeni.
I uznałem wtedy, że może trochę w tym racji, że to jest trochę powrót.
Po części wynika z tego, co się ze mną teraz dzieje. Pracując z Hellwell, nie musieliśmy myśleć o moralności.
Nie jest koniecznie szczęśliwe zakończenie. I nie mamy tam nic takiego. Wyłącznie złe zakończenia.
Wszyscy giną.
– Ludzi karmi się ludźmi.
– Dokładnie.
To mi dało nowe podejście z Manilla Road.
– Tak, ale Mark ma też inny projekt, z Rickiem Fisherem.
Wychodzi wkrótce i eksploruje przede wszystkim rockową stronę Manilla Road, klasyczną.
To świetny materiał.
– Wychodzi w tym roku?
– Tak, ale raczej trochę później.
Przez to że mamy czterdziestolecie. Wydaje się, że wyciągneliśmy to ot, tak, ale pracowaliśmy nad tym 2-3 lata.
Tak by kulminacja nastąpiła na czterdziestolecie. Aby to wszystko zbiegło się w czasie.
Czyli mamy Hellwell już na rynku, nową Manilla Road za moment, a potem…
– Czy ten album ma już tytuł?
– “Bring The Magic Down”.
A projekt nazywa się Mark Shelton’s and Rick Fisher’s Riddle Master.
– Zajebiście.
– To świetny materiał, stary.
– Musimy spotkać się znów po jej wydaniu i pogadać.
– …Nie.
– Teraz musimy cię zabić.
– Byłbym zaszczycony, gdybyśmy mogli.
– Ostatnie słowo należy do Ciebie.
– Wiesz co, ten (kolejny wywiad) powinieneś zrobić z Rickiem Fisherem.
– Ostatnie słowa.
– Nie, wywiad.
– Jeśli tylko będę miał sposobność.
– Może coś uda się ustalić, przez Skype’a.
– Rickowi by się spodobało.
– Zrobimy to. No, to ostatnie słowo. Należy do mówcy… rozmówcy.
Ostatnie słowo do słuchaczy podcastu What The Fuzz i fanów Manilla Road na całym świecie.
– What The Fuzz, to było cudowne 40 lat. Byłem częścią tego przez lat 36. Bez fanów nie byłoby nas tu.
Bez fanów z Polski, całej Europy, całego świata. Ciągle to robimy ze względu na was.
Nie mogę odpowiedzieć na to inaczej niż wychodząc na scenę i… Sprawiacie, że warto.
– Płomień waszych serc napędza ogień Manilla Road.
A do naszych fanów w Polsce, bo to pierwsza wizyta tutaj…
– Przepraszamy że zajęło nam to 40 lat.
– Przepraszamy, ale wiedzcie, że jesteśmy niezwykle wdzięczni. Pierwsi nas zauważyliście w Europie,
graliście nasze utwory w Radiu Warszawa, pokochaliście i zaakceptowaliście Manilla Road.
Bez was na pewno nie byłoby nas tutaj, a może wcale w przemyśle.
Wierzę że nigdy tego nie zapomnimy, skąd się wywodzimy. Jesteśmy zwykłymi ludźmi, zwykłymi metalami, jak Wy. Bez Was nie ma nas.
– Przez 40 lat nie zapomniałeś to i teraz nie zapomnisz.
– No nie wiem. Dajcie milion baksów i domek na Malcie… Do tego darmowe dziwki i koks!
– Będac w Niemczech polecę ludziom wakacje w Warszawie. To niedaleko ode mnie,
wiedziałem że to klawe miasto, ale nie wiedziałem, że tak mnie wciągnie. I piwo macie niezłe.
– Spoko, on się nie spodziewał nawet węży w Stanach.
– Białych węży! (Whitesnake)
– Dziękujemy Ci bardzo.
– Cała przyjemność po mojej stronie.
– Jak zwykle jest ktoś za kulisami. Ktoś, kogo nigdy nie widzi publiczność. Chodź tutaj. Obydwaj!
– Jesteś odpowiedzialni za ściągnięcie nas tutaj.
– To organizator koncertu.
– Siadaj no.
– Ten gość nas nagrywał. Tacy ludzie są niezbędni.
A ten facet miał na tyle jaj by nas tu ściągnąć, gdy nikt inny nie miał.
– Gościu ma siedmiokilowe klejnoty.
– Ty też, z tyłu.
– 150 kilosów złodupca.
– Odpowiedzialny za ściągniecie nas i opiekę nad nami.
Up The Hammers, Polsko!

8 thoughts on “What The Fuzz!? TV #1 Manilla Road interview/wywiad z Manilla Road”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *